Harcerski hereticon 2 – Trzy Pióra – Trzy rodzaje Głodu
Pewien
myśliwy, polujący na pustyni na dzikie zwierzęta zobaczył, jak abba Antoni
żartuje z braćmi i bardzo się zgorszył. Starzec więc, pragnąc go przekonać, że
z braćmi trzeba postępować łagodnie, powiedział mu: „Załóż strzałę i napnij
łuk” – a on tak zrobił. Starzec rzekł: „Napnij mocniej” – i on usłuchał.
Starzec powtórzył: „Mocniej!” Myśliwy na to: „Jeśli napnę nad miarę, to mi łuk
pęknie”. I rzekł mu starzec: „Tak jest i z pracą wewnętrzną. Jeśli ją ponad
miarę napniemy, bracia się szybko załamią. Trzeba więc z nimi postępować
łagodnie”. Myśliwy, gdy to usłyszał, skruszył się i odszedł bardzo zbudowany
postawą starca, a bracia, umocnieni, rozeszli się do siebie.
Trzy Pióra… sprawność obrosła w
harcerskich środowiskach legendą. Jej wymagania różnią się nieco w ZHP i ZHR,
jednak podstawa pozostaje zawsze ta sama, wzięta z przedwojennego regulaminu
Organizacji Harcerzy ZHP: Składają się nań: próba
milczenia, głodu i samotności. Przedstawienie Czytelnikowi wszystkich wersji
wymagań i wariantów zwyczajowych, spotykanych w poszczególnych środowiskach,
przekracza ramy niniejszego opracowania. W tej materii mogę jednak odesłać
Czytelnika do stosownej podstrony na portalu Wikipedia.
Dzisiaj
jednak napiszę o Trzech Piórach nieco inaczej… nie zdobywanych, jak każe
zwyczaj, w krótkim czasie na obozie, a indywidualnie – przez starego harcerza, podczas
rekolekcji i samodzielnego obozowania. Do podjęcia wyzwania zachęciło mnie
dwoje instruktorów Gromady Wilków Kręgu Czarnego Dębu: Wilk Ojciec i Stanowcza
Wilczyca, a przykładem służył mi Pogodny Jastrząb. Z serca dziękuję im
wszystkim! Z relacją z przebiegu próby Pogodnego Jastrzębia można zapoznać się
tu: http://www.hr.bci.pl/articles.php?article_id=244
„NA
CO CI TO?!”
No
właśnie, w sumie pogodziłem się już dawno z myślą, że „Trzy Pióra” nie są mi
potrzebne do szczęścia. Ale jeśli ta próba miałaby mi coś dać, to właściwie…
czemu nie?
Z
dzieciństwa pamiętam „współplemieńców” z mojego macierzystego szczepu
harcerskiego – niektórych, kibicujących odbywającemu próbę, innych, próbujących
go zagadać, by jak to się określało, „spalił Robinsona”. Jestem przekonany, że
te dwie postawy można znaleźć u młodych harcerzy i harcerek w niemal każdym środowisku.
Rys.
Janusz Martyn, Poczta Harcerska Szczecin II
Jak
jednak pomyśleć o tej sprawności w sposób pozytywny? Nie w kategorii „palenia
Robinsona” (nawiasem mówiąc, boleję nad losem biedaka, skoro tylu harcerzy i
tyle harcerek spaliło go i pali nadal)? Odpowiedź, jako filolog z wykształcenia,
znajduję w oddziaływaniu języka na odbieranie przez nas rzeczywistości: Nie
myślę: „Nie wolno mi mówić!” Myślę: „Chcę medytować.” i „Chcę się modlić.” To
dla mnie prawdziwy ceł pierwszej próby – doświadczenie Pierwszego Głodu – Pustyni
Serca.
W
poczet sprawności zaliczyłem kilkudniowe doświadczenie milczenia z rekolekcji
wspólnoty Młodzieży Franciszkańskiej „Tau”. Kto podczas SILENTIUM SACRUM, czyli
Świętej Ciszy, zagłębił się w medytację w ustronnym miejscu, wśród piękna
natury, często o samym chlebie i wodzie, ten wie, o czym mówię.
Z
początku niemówienie nie jest ciszą. Jest wewnętrznym KRZYKIEM! Najpierw
stopniowo wyostrzają nam się zmysły – czujemy pragnienie, głód, każdą
nierówność terenu, na której siedzimy, drapiącą odzież, słyszymy każdy
najmniejszy szmer. Dopiero stopniowo przestajemy się skupiać na swoim „ja” i
idziemy do JA JESTEM znacznie potężniejszego od nas. Tak, po wyjściu na
pustynię naszego serca, dopiero powoli wchodzimy w ciszę i przestrzeń spotkania
z Najwyższym. Tak, w przestrzeni Spotkania, zagłębiamy się w najstarszą
medytacyjną modlitwę, wspólną całemu chrześcijaństwu: w myślach pozostaje tylko
imię „Jezus” lub wezwanie „maranatha” – rytmicznie, wraz z oddechem. Nie
zerkamy na zegarek, tylko po prostu jesteśmy. Tu i teraz. Potem, otwierając
oczy, naszymi nadal wyostrzonymi zmysłami możemy dostrzec wiele szczegółów
wokół naszej tymczasowej pustelni – kolory, barwy, zapachy… Tak właśnie
wypełnia się pustynia serca.
Moją
drugą próbę – próbę głodu – przeszedłem podczas szkolenia „7 dni w lesie” w
Szkole Rzemiosła Leśnego w Makowie koło Skierniewic. Bardziej zaznajomionym z
tematem leśnego rzemiosła tyle informacji wystarczy, jeśli jednak ktoś nie
słyszał jeszcze o tym arcyciekawym miejscu, odsyłam na stronę: https://www.wmiejskiejkniei.com/
Trzy doby odżywiania się jedynie posiłkiem leśnym, podczas trzeciej z nich
wzbogaconym jedynie szczyptą soli, potrafią pokazać człowiekowi, czym jest
głód. Powiem krótko – gruntownie poznałem swój organizm. Każdy reaguje na taką
głodówkę nieco inaczej. Ja, gdy na szkoleniach brakuje jedzenia, a wcześniej
miałem go pod dostatkiem, zazwyczaj łapię migrenę, co wiedziałem z
wcześniejszych wyjazdów. Tutaj, przed szkoleniem, zjadłem więc jedynie lekki
posiłek. Migreny nie było, był za to stopniowo spowalniający się czas reakcji
na bodźce, aż do czegoś, co nazwałbym letargiem po południu dnia trzeciego, gdy
niemal nie wstawałem z posłania. Wraz ze współtowarzyszami z szałasu polecamy
za to bardzo serdecznie zupełnie nieracjonalną euforię, która dla odmiany nawiedza
organizm wieczorem, dnia trzeciego głodówki. Naszych absurdalnych żartów tu nie
przytoczę – byłyby zbyt wyrwane z kontekstu, a i nie śmieszyłyby najedzonych.
Krótko mówiąc – co było w lesie, zostaje w lesie ;) ! Takie było doświadczenie Drugiego
Głodu.
Gdy
nasze wspólne, siedmiodniowe bytowanie dobiegło końca, rozpoczęła się moja
ostatnia próba – doświadczenie Trzeciego Głodu – próba samotności.
Dzięki uprzejmości Kasi Mikulskiej – założycielki i prowadzącej Szkołę
Rzemiosła Leśnego, którą przy tej okazji serdecznie pozdrawiam, mogłem powrócić
do szałasu na jeszcze jedną, samotną tym razem noc. I znów skupiałem się nie na
samotności, a na działaniu.
Myślę
o sobie czasem jak o dzikim Indianinie albo starym berserku przebranym tylko za
dziewiętnastowiecznego Amerykanina. Gdy ciasny gorset cywilizacji ciśnie mnie
zbyt mocno, zrzucam go, oddając się odmładzającemu duszę barbarzyństwu i
słodkiemu lenistwu.
/Nessmuk/
Dzień
ósmy. Wracam do lasu, w którym spędziłem już tydzień. Za mną doświadczenie
Świętej Ciszy i Głodu. Przez ostatni tydzień przebywałem jednak wśród mojej
małej, plemiennej społeczności. Teraz czas na kolejne odosobnienie, choć jak
postanowiłem, będzie ono raczej odmładzającym duszę barbarzyństwem niż
słodkim lenistwem.
Lubię
mieć na wszystko czas. Ale nie tym razem. Przed zmrokiem musze odnaleźć, mijaną
wcześniej, suchą brzozę i pozyskać materiał na to, o czym marzyłem od dawna –
mój pierwszy łuk ogniowy – nie zdążyłem sporządzić
go przez ostatni tydzień wśród ludzi, sporządzę go teraz – w samotności.
Docieram do celu, spokojnie, uważnie dobieram materiał i zabieram go ze sobą –
obrobię go dopiero na miejscu obozowym.
Do
obozowiska docieram niedługo przed zmrokiem. Priorytety ulegają zmianie – nim
zajdzie słońce, muszę mieć ogień. Mam przy sobie już wcześniej zebraną korę z
martwych brzóz i suchą trawę, choć nie zaszkodzi zebrać więcej dla pewności,
póki jeszcze nie osiadła na niej rosa. Opał również nazbieraliśmy zawczasu, pozostaje
jeszcze nałamać suchych, sosnowych gałązek, które szybko zajmą się ogniem.
Potem przygotowanie platformy i rozpałki, trochę pracy krzesiwem i spokojne
opiekowanie się małym ogniem, by duży ogień zaopiekował się mną. Wszak proces
rozpalania ognia nie rozpoczyna się w momencie, gdy spadnie iskra, a wtedy, gdy
zaczynamy myśleć, co będzie nam potrzebne do jego rozpalenia i podtrzymania.
Otulony
miłym ciepłem ogniska rozpoczynam rozmowę z drewnem. Przekonuję je, jak
przyjaciela, by stało się narzędziem. Na „7 dniach w lesie” wolno mieć ze sobą
tylko nóż, menażkę i koc lub śpiwór. W moim ósmym dniu w lesie nie obowiązują
mnie już te zasady, ale z początku próbuję nadal pracować w ten sposób. Szybko
jednak okazuje się, że precyzyjna robota, poza ogniskiem, wymaga wspomożenia
się światłem czołowej latarki. Całość idzie dość opornie, praca w drzewie
cierpliwym wymaga cechy, której czasem mi brak, a do której wykształcenia
staram się nieustannie dążyć – cierpliwości… wytrwałości. Drewno ma czas. Ja teoretycznie też. Tylko muszę przestać się śpieszyć. Pracuję samym nożem i z
wolna udaje mi się wykonać łuk, podkładkę i świder. Najbardziej opornie idzie
mi wykonanie docisku i tutaj, pod sam koniec, nieco wspomagam się przenośną
piłą strunową – drewno poddaje się niechętnie, a ja przez ubiegły tydzień
trochę się już nabatonowałem. Cel osiągnięty!

Po
odmładzającym duszę barbarzyństwu faktycznie czas na nieco słodkiego
lenistwa, jak to kiedyś określił staruszek Nessmuk. Przenoszę żar do
paleniska we wnętrzu wzorowanego na tipi, stożkowego szałasu, rozdmuchuję i
rozpalam ogień na przygotowanej wcześniej w tym celu platformie. Gorący napar z
igieł sosnowych, kojące ciepło i blask ognia, rozmyślania o życiowych wzlotach
i upadkach, o kilkunastu już latach mojej harcerskiej przeszłości, o tym, jak
trudno i dobrze zarazem jest być Dzikusem – stworzeniem pośród innych
stworzeń, małym zębatym kołem w perfekcyjnie zaprojektowanym mechanizmie Natury,
tu i teraz. Wreszcie spojrzenie w przyszłość i snucie marzeń o… – wybaczcie, to
już inna historia. Wszak – co było w lesie, zostaje w lesie… Howgh!
Czuwaj!
Z
Błękitnym Niebem!
HR
Piotr Pojnar – „Wytrwały Ślimak”